Ostatnio natknąłem się na artykuł w onecie, w jaki sposób omija się w Polsce, na szczeblu centralnym konsultacje społeczne (http://bit.ly/1TAM231). Z ludzkiego i post-urzędniczego spojrzenia jest to nawet zrozumiałe. W przypadku chęci presji czasu konsultacje społeczne zawsze będą jawić się jako element spowalniający proces decyzyjny.

Wielokrotnie zastanawiałem się z czego ta presja czasu wynika. Dlaczego w Holandii, Niemczech i Wielkiej Brytanii można sobie pozwolić na "przewlekłość" procedury, a w Polsce zawsze "gonią terminy", których i tak zwykle nie dotrzymujemy:) Czy jest to zakorzenione w kulturze politycznej czy tzw. zaniedbaniach modernizacyjnych, które nakazują przyśpieszanie na każdym etapie, by w końcu dogonić Zachód (chociaż teorie o konieczności imitacyjnego modernizmu dawno już przebrzmiały).

Patrząc tak bardzo ogólnie, wydaje mi się, że mamy jako społeczeństwo problem z dialogiem, z rozmową, z formułowaniem i przyjmowaniem krytyki. W końcu pierwszą rzeczą, którą słyszymy od "fachowca", którego wezwaliśmy, by naprawił cieknący kran jest "kto to panu tak spieprzył?". Stąd nie dziwno, że urzędnicy sceptycznie podchodzą do prezentowania swoich planów, bo "zaraz rozpocznie się burza". A nikt publicznie czochrany być nie lubi. Nawet jeśli jego praca to służba publiczna:)

Pamiętam, że w swojej karierze zawodowej wielokrotnie dostawałem pociskiem o "manipulacjach" i "fasadowości" jeszcze nim zdołaliśmy zakomunikować, o co tak naprawdę chodzi. Jak ktoś nie kocha partycypacji, to może się naprawdę szybko po czymś takim zniechęcić:)

Żeby nie było, grzechy są po każdej stronie. Po każdej też są partnerzy do dialogu. Warto ich odnajdywać i wspólnie starać się poszukiwać najlepszych rozwiązań. Daje to ogromną satysfakcję.

PS. Tak naprawdę chciałem w tym wpisie omówić techniki konsultacyjne stosowane na poziomie kraju, ze szczególnym uwzględnieniem wysłuchania publicznego. Ale wyszło bardziej "ideowo". Mam nadzieję, że bez szkody dla czytelnika:)

MM