Czy planując start w wyborach należy przejmować się sondażami?

Oczywiście, że tak. Między bajki należy włożyć mało świeże komentarze polityków, którzy twierdzą, że na sondaże się nie oglądają i tylko "robią swoje", ciężko pracując. Sondaż przedwyboczy to naturalna ocena czyjejś pracy. Choć często ocena złudna i wyolbrzymiana. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że sondaże są tak jak Faust. Są w stanie uchwycić tylko chwilę, tylko ten ulotny moment, w którym opinia publiczna jest czymś pobudzona, albo znużona. Analizując sondaże warto patrzeć, kiedy były one realizowane i jakie w tym czasie dominowały przekazy medialne.

Poza tym, sondaże zmieniają się w czasie, stąd konieczność śledzenia trendów, wyciągania średnich. Największa zmienność następuje oczywiście w trakcie kampanii wyborczej, gdzie uwaga respondentów jest coraz bardziej skoncentrowana i gdzie każdy błąd może wiele kosztować, a każdy sukces może dać kolejne 2-3% więcej.

Do błędów należy też porównywanie różnych pracowni badawczych (które czasami w różny sposób zadają pytania) i różnych technik pozyskiwania opinii. Nie powinno porównywać się sondażu CBOS realizowanego metodą face-to-face z telefonicznym badaniem IBRIS. A już tym bardziej z różnego rodzaju sondami internetowymi, w większości niereprezentatywnymi, w których często nie jest zabezpieczona możliwość wielokrotnego głosowania. Owszem, wyniki takich sond mobilizują działaczy partyjnych i wyzwalają endorfiny, dając czasem poczucie zadowolenia, ale miernikiem poparcia nie są. Raczej zabawą w to, kto ma sprawniej opanowany internet. Co też nie jest z punktu widzenia marketingu politycznego bez znaczenia!

W ogóle jest też chyba tak, że sondaże wpływają na samopoczucie i morale polityków. Gdy są dobre, mamy tendencję do przeszacowywania naszych szans. Gdy są słabe, to czasem paraliżują, a czasem skłaniają nas do nerwowych ruchów ("trzeba coś zrobić, coś zmienić"). Sondaże w tym kontekście są swego rodzaju bronią psychologiczną, w polityce bardzo ważną.

Które sondaże są lepsze, dokładniejsze? Raczej te, które dają większą gwarancję anonimowości. W przypadku badania "twarzą w twarz" mamy do czynienia z ograniczoną anonimowością, a dodatkowo uruchamia się tzw. efekt ankietera (które część respondentów postrzega jako przedstawiciela władzy albo osobę o wyższym statusie - wtedy staramy się podświadomie odgadywać jego oczekiwania, jeśli chodzi o "poprawne" odpowiedzi). Część respondentów nie jest łatwo dostępna w badaniach bezpośrednich np. mieszkańcy zamkniętych osiedli o wyższym statusie społecznym.

Z kolei badania telefoniczne, które są zdecydowanie tańsze i szybsze, niosą ze sobą ryzyko pewnej niechlujności, związanej z zakłóceniami komunikacyjnymi. W końcu głosując w wyborach mamy przed oczami kartę z nazwiskami i nazwami komitetów. Przez telefon jest to nam odczytywane, często w pośpiechu.

Wielbicieli teorii spiskowych od razu uprzedzę, że odpowiedzi na pytania są zwykle rotowane. Czyli każdy z respondentów słyszy nazwy poszczególnych partii w różnej kolejności. Ale czytając raporty w gazetach tak naprawdę dostępu do tych szczegółów nie mamy. Możemy jedynie zakładać, że zrobiono wszystko zgodnie ze sztuką.

Na wyniki sondaży wpływać też może odczytywanie nazwisk kandydatów w połączeniu z nazwą partii/komitetu lub bez tego połączenia (niektóre komitety ciągną kandydata w dół, inne w górę). Może wpływać zadawanie pytań w taki sposób, że to respondent sam ma powiedzieć nazwę osoby, na którą odda głos (premiuje to głównie najbardziej rozpoznawalnych kandydatów).

A co z sondażami zlecanymi przez polityków? Czy z automatu są one zmanipulowane?

Zakładam, że nie. Co prawda trochę podejrzanie brzmi zdanie "sondaż nam dobrze wyszedł", ale jeśli dany polityk zamówił badanie, w którym osiągnął dobre wyniki, to dlaczego miałby się tym nie pochwalić? Dlaczego nie miałby tego wykorzystać do wewnątrzpartyjnych lub międzypartyjnych negocjacji? Przecież to nie polityk zmienia wartości na słupkach wykresu - badanie przeprowadza agencja, które nie może sobie pozwolić na opinię takiej, która robi wyniki "pod klienta". To byłaby totalna kompromitacja na rynku.

Dlatego zawsze staram się bronić konkurencji przed zarzutami w stylu "zapłacił wam, to zrobiliście mu dobre wyniki". Przecież politykowi zależy na realnej ocenie swoich szans, a nie na fałszywej klace. Bo wtedy prawdziwe wyniki, w dniu głosowania, mogą okazać się całkowitym zaskoczeniem.

MM