Dzień 1

Jest 8 lipca roku pańskiego 2016. Wyjeżdżam właśnie na kilkudniową konferencję do Wiednia – 3 Forum Międzynarodowego Stowarzyszenia Socjologicznego. 13 lipca będę prezentował swój pomysł na badania dotyczące recepcji (odbioru) partycypacji z perspektywy obywateli (który w formie wniosku badawczego złożyłem do Narodowego Centrum Nauki).

Dzień 2

9 lipca. Pierwsza noc Wiedniu. Obrady zaczynają się jutro. Dziś regeneracja i zwiedzanie miejsc, po których w 1949 roku uganiał się Orson Welles w rytm muzyki Antona Karasa

Rzut oka na okolice z diabelskiego młyna w Praterze. Wiedeń to ładne miasto.

Dzień 3

Poszedłem się zarejestrować. Uczestników z nazwiskiem na A było 261. Pozostałych nie liczyłem. 4 dni to wszak niewiele czasu… Otrzymałem program z tytułami wystąpień (392 strony A4). Wersja ze streszczeniami była dostępna online (829 stron A4). Duża konferencja.

Dzień 4

Uczestniczyłem w kilku różnych sesjach o demokracji partycypacyjnej, o metodach wizualnych i jeszcze w paru innych. Zazwyczaj ciekawe wystąpienia.

Dzień 5

Obrad ciąg dalszy. Ostatnie szlify na prezentacji. Jestem dobrze przygotowany. Pomysł na badania zrodził się ponad rok temu i parokrotnie go udoskonalałem. Chęć wystąpienia musiałem zgłosić już we wrześniu 2015.

Dzień 6

Przyszło mi uczestniczyć w ciekawej sesji. Poprowadził ją prof. Paweł Starosta z Uniwersytetu Łódzkiego – presja więc, tym większa. Referowały osoby z Francji, Japonii i Korei, Meksyku oraz Polski. W swoim wystąpieniu sygnalizowałem, że o partycypacji mówi się wiele, ale nie zawsze weryfikując, czy rzeczywiście tak jest. Zwracałem uwagę na to, że opinie na temat konsultacji społecznych są znane całkiem dobrze jeśli spojrzeć na organizatorów, np. samorząd lokalny. Słabiej natomiast jeśli spojrzeć na to co myślą sami uczestnicy. Pracując przy konsultacjach społecznych dobitnie przekonałem się, że cukierkowy obraz partycypacji można włożyć między bajki. Jest bowiem wiele głosów za i przeciw. Mocnych. Merytorycznych. I zależnych od tematów, których dane konsultacje dotyczą. Jednak rzetelne i systematyczne badania odbioru partycypacji nie są takie proste. Ankiety odpadają ze względu na dużą dynamikę zmian i naskórkowość wyników. Wywiady pogłębione z różnymi mieszkańcami również, ponieważ w konsultacjach uczestniczy średnio góra 1/5 populacji (np. w budżetach obywatelskich w 2015 roku) i wiele pytanych osób nie miałoby pojęcia o co nam w ogóle chodzi lub zaczęłyby konfabulować, abyśmy usłyszeli to co chcemy:) Badanie liderów lokalnych? Wielu może mieć jasną opinię i bardzo się angażować, ale w pojedynkę, bez „liderowania”. Badanie ngosów?= skrzywienie wyników. I tak dale i tak dalej.


A może badanie elit lokalnych? Czy uczestnicy konsultacji to nie jest przypadkiem „elita lokalna- partycypacyjna”, czyli stosunkowo nieliczna grupy osób, które są zdolne poprzez swoją pozycję (w tym zaangażowanie, wiedzę itp.) wpływać na lokalne działania regularnie i znacząco?


Ok. 30 osób z różnych zakątków świata z zainteresowaniem wysłuchało mojego pomysłu oraz jego naukowych podstaw. Było sporo pytań i komentarzy, z których sporą część sam do siebie już w duchu skierowałem. Najbardziej słyszalny głos dotyczył emancypacyjnego wymiaru partycypacji, czyli mówiąc prościej tego, że konsultacje społeczne powinny wyrównywać szanse a niekoniecznie być elitarne.


Moim zdaniem komentarz słuszny, z tym, że czy w formie, którą zarysowałem jedno wyklucza drugie? Elita partycypacyjna to Ci, którzy się orientują i uczestniczą z własnego przekonania lub, których się udało zaangażować. To liderzy lokalni, przedsiębiorcy, radni, przedstawiciele organizacji pozarządowych i tzw. zainteresowani/aktywni obywatele działający sami lub w zespole. W każdym przypadku jest to więc grupa otwarta. Choć faktem jest, że słowo elita może trochę kłuć…


Kto wie, może jest jeszcze inny sposób na rzetelne zbadanie odbioru partycypacji. Z Wiednia jednak go nie przywiozłem. Jest za to kilka nowych pytań. Słyszałem gdzieś zdanie, które wydaje się dobrze pasować do tej sytuacji: I’m stil lconfused but on much higher level:)
CDN

KM