Pamiętam jak kilka lat temu na jednej z konferencji poświęconej partycypacji społecznej padło w stronę samorządowców pytanie: "która z gmin posiada uchwałę o konsultacjach społecznych lub regulamin? Rączki w górę". Parę wątłych ramion załopotało w powietrzu, co prowadząca debatę skwitowała wymownym spojrzeniem w stylu "sami państwo widzicie, jak jest marnie". Tak jakby uchwała o konsultacjach sprawiała, że jesteśmy bardziej pro, a jej brak, że bardziej przeciwni konsultacjom społecznym.

Co zwykle zawiera taka uchwała?

  • określa ona, kto ma prawo do inicjatywy konsultacyjnej
  • w jakim trybie konsultacjesię odbywają
  • czego dotyczą
  • ile trwają

Nigdy nie byłem zwolennikiem uchwał określających konsultacje społeczne, nawet jeśli są one medialnie przedstawiane jako "skrzynka z narzędziami", z której mogą korzystać mieszkańcy. Dlaczego? Bo partycypacji nie da się zadekretować. Więc jeśli traktujemy taką uchwałę jako ukłon w stronę mieszkańców, to szału po drugiej stronie nie będzie. Wizerunkowo oczywiście jest to jak najbardziej w porządku, ale realnego oddziaływania takich dokumentów na zaangażowanie społeczne nie widzę.

Ile konsultacji odbyło się na wniosek mieszkańców? Ile trzeba było zebrać podpisów? 1000? 800? 500? 300? Zapis o inicjatywie uchwałodawczej mieszkańców często pojawia się w tego typu uchwałach. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że konsultacje realizowane na wniosek mieszkańców nie odbywają się.

A nawet gdyby miały się odbywać, to mało mają wspólnego z ideą konsultacji społecznych. Co bowiem może skłonić mieszkańców do zebrania określonej liczy podpisów pod wnioskiem o konsultacje? Sprzeciw. Sprzeciw wobec inwestycji, planu, rozwiązania komunikacyjnego. Mieszkańcy raczej nie zbiorą podpisów za rozpoczęciem prac nad programem rewitalizacji, za dyskusją na temat priorytetów rozwojowych dzielnicy, za dyskusją na temat wydatków samorządu w określonym obszarze.

Co to w praktyce oznacza?Ano to, że zamiast konsultacji społecznych, które w zamierzeniu służyć mają często rozładowaniu konfliktów, wykorzystujemy to narzędzie, gdy konflikt już trwa. A zgodnie z obszerną literaturą przedmiotu, gdy występuje konflikt, powinno się uruchamiać mediacje, a nie konsultacje. Inaczej nazywa się konsultacjami spotkanie o charakterze wiecowym, podczas którego uczestnicy chcą zwykle wywieźć na taczce urzędników odpowiedzialnych za sprawę, która doprowadziła do sporu.

Mam też wątpliwości, gdy chodzi o określenie ram czasowych konsultacji. Powiadomienie co najmniej 7 dni przed (przed czym? spotkaniem?) albo czas trwania nie krócej niż 14-21 dni. A co w przypadku takich narzędzi jak badanie opinii publicznej połączone z debatą deliberatywną. Albo jak rozpisać tę procedurę dla sądu obywatelskiego, który trwa 1-2 dni? Ta nieadekwatność proceduralna sprowadza nas do wykorzystywania właściwie tradycyjnych metod konsultacyjnych: spotkania, zbierania opinii na adres mailowy (przez 21 dni, a jakże!), ewentualnie wypełnienia jakiegoś formularza ankiety w punkcie informacyjnym.

Być może autorzy takich uchwał tak właśnie wyobrażają sobie konsultacje społeczne. Tyle, że ten "pakiet minimum"nie jest specjalnie atrakcyjną formułą sprawiającą, że na konsultacje będą drzwiami i oknami walić tłumy. Przeciwnie, będzie siermiężnie, biurokratycznie i sucho. I żadna uchwała temu nie pomoże. Bo partycypacja społeczna zależy jednak od czegoś innego:)

MM