Miałem przyjemność, jako słuchacz, uczestniczyć w debacie organizowanej w Poznaniu przez Centrum Otwarte "Miasto mówi". Postanowiłem pokusić się o kilka przemyśleń i komentarzy, do tego co usłyszałem.

Sama dyskusja była poświęcona dość szerokiemu zagadnieniu komunikowania się miasta (urzędników, instytucji) z mieszkańcami (obywatelami, ale też grupami wykluczonymi lub mniej zaangażowanymi). Chodziło o takie praktyki jak konsultacje społeczne, dialog obywatelski, a także komunikację indywidualną, poprzez pisma urzędowe, wysyłane komunikaty itp. itd.

Jak pewnie wiecie, mam za sobą kilka lat doświadczenia samorządowego, w tym w obszarze dialogu z mieszkańcami. Od ponad 3 lat z powodzeniem rozwijam własną działalność gospodarczą i we współpracy z prawdziwymi pasjonatami realizujemy różne projekty konsultacyjne i badawcze w całej Polsce.

Mam poczucie, że temat partycypacji społecznej przynajmniej od 2010 roku poszedł mocno do przodu. Konsultacje społeczne nie są już fanaberią, a - przynajmniej w większych miastach - "must havem", pewnym standardem. Osobnym zagadnieniem pozostaje, w jaki sposób są one realizowane. Ale są.

Podczas debaty padło parę pytań, zdań, które pozwolę sobie skomentować.

1. Jak skutecznie docierać do uczestników "naszych" konsultacji?

W tle, ale i na pierwszym planie ujawnia się powszechnie znany problem "frekwencji" na spotkaniach konsultacyjnych. Ze strony prowadzącego padały pytania: jak dotrzeć do tych mieszkańców, jak ich zachęcić, czym to robić. Jak sprawić, żeby ludzie przyszli?

Ano sprawia się to tak, że trzeba ich zaprosić. A zapraszanie ludzi, to jest konkretna, namacalna i można powiedzieć, ciężka praca do wykonania. Co nie działa lub działa słabo? Ogłoszenia na słupach. W gablotach. Informacje zamieszczane na stronie internetowej. Na bipie to już w ogóle. Informacje wysyłane do mediów (chyba, że mamy do czynienia z mediami mocno lokalnymi).

Co działa? Bezpośredni kontakt. Zmapowanie kluczowych interesariuszy. Zindywidualizowane zaproszenia. Pewnie lepsze wydrukowane i dostarczone niż wysłane maile. Kontakt telefoniczny. Mailing bezpośredni ulotek i materiałów do drzwi. Działania w social mediach.

My musimy tego uczestnika po prostu zrekrutować.

2. Czy wpływ na proces ma jakość materiałów informacyjnych dla mieszkańców?

Pewnie tak. Zawsze fajniej jest dostać ładną i ciekawie złożoną ulotkę niż kartkę A4 z czarno białym opisem w times new roman. Choć mam pewną obawę czy formą nie zaczynamy po trochu przysłaniać treści. Że para idzie nie w to miejsce, które w konsultacjach społecznych jest najistotniejsze.

Ważne jest odpowiedzenie sobie na podstawowe pytanie: po co nam właściwie opinie mieszkańców? Na co powinni mieć oni wpływ? Na jakich informacjach od mieszkańców nam zależy?

To jest tak naprawdę kluczowe. Z tym też urzędnicy często mają największe problemy - z określeniem o czym nie gadamy, bo jest już przyklepane, a co pozostaje obszarem pewnych uzgodnień i negocjacji. Często dzieje się tak, że rozmawiamy o wszystkim (zakres zbyt szeroki) lub sprawach bardzo drobnych (np. jakiego koloru kwietniki na placu).

Narzędzia i cele powinny być dopasowywane do problemu, który chcemy poruszyć podczas konsultacji. Nie odwrotnie.

Jeśli wiemy, że jakaś przestrzeń budzi kontrowersje (np. jest ryzyko, że teren będzie przeznaczony pod zabudowę, a mógłby być pod zieleń), to o frekwencję nie będziemy musieli się martwić :) Problemem będzie raczej to, jak przeprowadzić dyskusję z udziałem 120-150 osób, żeby nie zamieniła się ona w wiec polityczny.

Jeśli dyskutujemy o zagospodarowaniu jakiegoś skweru czy nawet placu zabaw, to oczywistym jest, że szukamy innych form angażujących mieszkańców i innych mieszkańców. I nie musi być ich wielu. Bo wtedy szukamy rozwiązań "jakościowych" dla przestrzeni, a niekoniecznie opinii, jakiemu % się dana ławka podoba, a jakiemu nie (to można na innym etapie zrobić).

Czyli atrakcyjna forma naszych materiałów - tak. Ale ma być ona pochodną problemu do rozwiązania, a nie punktem wyjścia.

3. Jak radzić sobie z urzędniczą pokusą "pójścia na skróty" w konsultacjach?

Czyli skoro mamy super rozwiązanie, to w zasadzie po co o tym dyskutować z pozostałymi :)
Tak naprawdę nie chcę odpowiadać na to pytanie, ale tylko skomentować zjawisko opisane przez warszawskiego kolegę, który z pewnym zaskoczeniem zauważył, że niektóre ciekawe i promowane przez aktywistów miejskich rozwiązania odnośnie przestrzeni (mała architektura, stojaki rowerowe, zieleń) przegrywają z dość przyziemnymi potrzebami w zakresie miejsc parkingowych, zabetonowania placu z możliwością swobodnego dostępu śmieciarki.

Co istotne w wielu miastach zaczynają ujawniać się strategie zatrudniania na stanowiskach ds. partycypacji społecznej ludzi, którzy wywodzą się ze środowisk najgłośniej do tej partycypacji nawołujących. Nie wiem, ile w tym pomysłu na uczynienie z takich osób "listków figowych" w technokratycznej strukturze urzędu, a ile rzeczywistej woli zmian.

Problem pojawia się w momencie, gdy często słuszne "idee społecznikowskie" zderzają się z twardą i brutalną rzeczywistością społeczną. Jestem osobiście ciekaw tego eksperymentu związanego z zamianą ról (z krytyka procesu na jego organizatora) w politykach kadrowych urzędów.

Czy mamy do czynienia z odwróceniem trendu u mieszkańców (dość ścieżek rowerowych, dajcie nam miejsca parkingowe) z przekory czy z faktu, że głos społecznikowski bywał jednak mocno przeszacowywany w dyskursie publicznym/medialnym.

***

Czy to wszystko ma podważać wiarę niektórych w sens konsultacji i dialogu? Według mnie nie. Ogromną wartością jest to, że gdy już zachłysnęliśmy się partycypacją i chcemy wszystko i wszystkich aktywizować, dostrzegamy ważne ograniczenia, nowe mechanizm i wreszcie nowe rozwiązania, których musimy poszukiwać, by rozwiązywać problemy w mieście. Bo o to tak naprawdę chodzi.

MM