Pamiętam jak "będąc młodą lekarką" wyjechałem na wymianę studencką do Belgii. I tak jak to zwykle na pierwszych zajęciach bywa pojawiły się obiekcje odnośnie piątkowego, popołudniowego terminu jednego przedmiotu. "Musimy go przełożyć" - zakrzyknęli studenci, a prowadzący odparł "To jaki termin wam pasuje?". Po kilkunastominutowej dyskusji, prowadzący zapytał się każdego (sic!) z nas, na jaki termin przełożyć zajęcia. Wyszedł bowiem z założenia, że rozwiązanie musi pasować wszystkim. W końcu doszliśmy do konsensusu - tak upłynęły pierwsze zajęcia na Uniwersytecie w Liege.

Jak wyglądałoby to w Polsce?

Decyzję podjąłby pierwszy lub ostatni rząd, w zależności od tego, kto głośniej by krzyczał. Prowadzący wybrałby to rozwiązanie, które by akurat w tym zgiełku usłyszał. Albo odpowiedział, że skoro nie umiecie się dogadać, to zostaje tak jak jest.

I tak czasami wygląda dyskusja publiczna na inne sprawy, do której dochodzi również roszczenie o "reprezentowanie zdania wszystkich mieszkańców".

Nie wiem czy wynika to z naszej tradycji sejmików szlacheckich czy z innych źródeł, ale chęć głosowania szablami, a nie argumentami mamy we krwi:) Taki trochę "pieniaczy kapitał społeczny".

Dlatego model holenderski podejmowania decyzji jest pewną egzotyką. Bardziej w nim chodzi o nacisk na proces i relacje niż na efekty dyskusji. Co oczywiście nie jest idealne.

Nazywa się on modelem polderowym. Polder to teren nadmorski, osuszony i zakreślony groblami,tak, by ochronić go przez zalaniem. Poldery tworzyli mieszkańcy Niderlandów w średniowieczu, gdy musieli wspólnie pracować, by bronić się przed morzem. W czasach kiedy nie było maszyn, ludzie musieli wypracować efektywne, kolektywne sposoby radzenia sobie z naturą.

"Polder model" wszedł do dyskursu publicznego w latach 80-tych ubiegłego wieku jako mechanizm konsultacji społeczno-ekonomicznych pomiędzy politykami, przedsiębiorcami i pracownikami oraz na tworzeniu przez nich różnych form współpracy, by stale negocjować sporne kwestie. Byłoby to zatem coś na kształt Komisji Trójstronnej, bo współczesna geneza modelu polderowego to konflikty płacowe.

Wymienia się również trzy czynniki niezbędne dla osiągnięcia konsensusu:
1. uznanie danego problem za istotny
2. powołanie właściwych instytucji dialogu zrzeszających interesariuszy
3. zgodę co do wartości kulturowych tj. solidarność, dyskusja i porozumienie

Podczas jednej z konferencji spotkałem się z jeszcze jedną wariacją na temat tego modelu. Chodzi o przekonanie, że w sprawie szerszego problemu, ale zlokalizowanego lokalnie nie powinni wypowiadać się ci, którzy zamieszkują na danym terenie. Powinni być z dyskusji wykluczeni. Czyli głos w przypadku wspomnianego w poprzednim wpisie Golęcina, powinni móc zabrać mieszkańcy całego miasta i to oni powinni mieć ostateczny wpływ na decyzję.

Prelegentka wspominając o takim mechanizmie zauważyła, że "na razie żaden samorząd w Polsce nie zdecydował się na takie rozwiązanie". Wtedy ktoś rezolutnie odpowiedział, że "ten, który wprowadzi je jako pierwszy, będzie ostatnim, który się na to skusił".

Nic o nas bez nas. To święta zasada modelu polskiego prowadzenia debaty:)