To już taka tradycja. W wyniku presji społecznej (np. organizacji pozarządowych) lub politycznej (np. radnych), urzędnicy decydują się na organizację konsultacji społecznych. "No dobrze" - mówią - "Zależy nam na społeczeństwie obywatelskim, zapraszamy mieszkańców na spotkanie". Sala jest zarezerwowana, sprzęt multimedialny przygotowany, pracownicy urzędu powiadomieni karnie stawiają się na miejscu, a mieszkańcy? Ani widu, ani słychu.

"Dlaczego ludzie znowu nie przyszli?"

To pierwszy z problemów konsultacji społecznych. Wielu osobom wydaje się, że ludzie przyjdą tylko dlatego, że informacja o spotkaniu pojawi się w gablotce, na bipie (Biuletyn Informacji Publicznej) i w bardzo poczytnym (sarkazm:)) biuletynie informacyjnym. Nie oszukujmy sie, każdy, nie tylko piątkowy grill, wygra z opcją pójścia w tym czasie na konsultacje społeczne.

O problemie frekwencji już pisałem, ale warto pewne rzeczy powtórzyć. Z samego faktu organizacji spotkania nie wynika, że pojawią się jego uczestnicy. Choć czasem mam wrażenie, że organizatorom konsultacji wcale nie zależy na dużej (lub przynajmniej - znaczącej) frekwencji. Bo zawsze będzie można powiedzieć: chcieliśmy dobrze, ale społeczeństwo nie dopisało. Zachmurzyło się najwyraźniej:)

A teraz rozwiązania dla profesjonalistów.
1. Mapowanie interesariuszy - czyli określenie, kogo może zainteresować problem.
2. Kampania informacyjna - niekoniecznie super droga, ale celna. Choć podobno stare przysłowie ludowe głosi, że 50% pieniędzy wydawanych na kampanię jest nietrafione. Ale nie wiadomo które.
3. Aktywne zapraszanie uczestników - czyli nie "mail zbiorczy" do każdego, kto popadnie (chociaż za wysyłkę mailową do uczestników i tak należy się szacunek, bo to znaczy, że dokonano mapowania niekoniecznie środowisk zainteresowanych – interesariuszy), a wyselekcjonowane zaproszenia, w ślad za którymi wykonywany jest również telefon z urzędu.

Nie bez znaczenia jest również temat konsultacji. W przypadku konfliktu lub kontrowersji na pewno pojawią się tłumy. Ale to już nie jest przestrzeń na konsultacje (chociaż media dalej tak to określają), a raczej na mediacje.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Te wszystkie działania oznaczają każdorazowo konieczność poświęcenia czasu i pieniędzy. Partycypacja społeczna, jak każde cenne dobro kosztuje.

Za tydzień o kolejnych problemach i ich rozwiązaniach:)

MM