Lech Wałęsa racząc nas swego czasu kolejnym ze swoich kultowych bon-motów powiedział "Co to za demokracja jak każdy może mieć swoje zdanie". Myśl ta pasuje jak ulał do konsultacji społecznych, a mówiąc precyzyjniej do częstej reakcji organizatorów procesu po zakończonym spotkaniu z mieszkańcami.

Co jest wynikiem konsultacji społecznych? To jedno z typowych i zarazem trudniejszych pytań, jakie otrzymywałem podczas wywiadów z lokalnymi mediami. Wynikiem konsultacji społecznych są opinie mieszkańców na dany temat. Taki jest ich cel: pokazać (ujawnić) jaka grupa społeczna wyraża obawy, wątpliwości, oczekiwania wobec danego rozwiązania.

Zadaniem władzy lokalnej jest odpowiedzialne "zważanie" tych interesów i podjęcie optymalnej społecznie decyzji.

I tu zaczynają się schody. W przekonaniu większości uczestników konsultacji, to co jest na nich wypowiadane z automatu otrzymuje moc decyzyjną. Skoro na spotkaniu z udziałem 20-30 osób, kilka uznało dane rozwiązanie za nietrafione, ekstrapoluje się te opinie na całą społeczność. To duży błąd.

Konsultacje społeczne powinny służyć maksymalnie dokładnemu ukazaniu rozkładu stanowisk i towarzyszących im argumentacji. Zasadna jest w tym przypadku analogia do badań jakościowych, które nie pokazują siły i poparcia dla tych opinii, ale jedynie fakt ich występowania.

Pisząc o "zważaniu" opinii z poziomu władzy można albo przyjąć optykę "monarchii oświeconej", albo "modelu demokratycznego". W pierwszym przypadku, władze same oceniają, który interes jest ważniejszy do zaspokojenia, ewentualnie decydując się na jakieś kompromisowe lub kompensujące rozwiązania. W drugim przypadku można pójść o krok dalej. Czyli ilościowo "zmierzyć" poparcie dla poszczególnych opinii. De facto oznacza to wejście na wyższy szczebel partycypacji, polegający na oddaniu decyzji/głosu mieszkańcom.

MM