Jednym z obszarów krytyki konsultacji społecznych jest przewijające się w wypowiedziach sfrustrowanych uczestników zdanie: "Ludzie powiedzieli swoje, a władza i tak zrobi swoje". Jest ono kwintesencją czegoś co można nazwać poczuciem bezsensu konsultacji społecznych.

Pewnie w wielu przypadkach tak jest. Zwłaszcza, gdy spotkanie z mieszkańcami traktuje się jako swego rodzaju katalizator nastrojów społecznych, czyli przestrzeń, gdzie można wylać swoje niezadowolenie, wygarnąć wójtowi, burmistrzowi, prezydentowi, co się o nim myśli, ponarzekać na dziury w chodnikach, psie kupy i brak koszy na śmieci.

Nie deprecjonując tej terapeutycznej funkcji konsultacji społecznych, czyli zaspokojenia potrzeby "bycia wysłuchanym" zastanówmy się jak sprawić, by nasi mieszkańcy nie odchodzili ze spotkania z poczuciem braku wpływu na decyzje.

Po pierwsze, istotne jest pokazanie im, gdzie, na jakim etapie i na co mają wpływ. Warto odwołać się w tym miejscu do "piramidy konsultacyjnej".

1. Jej podstawę stanowi obszar zamknięty. Czyli te kwestie, które nie powinny podlegać konsultacjom. Jakie to kwestie? Na przykład uchwalony dla danego terenu plan zagospodarowania przestrzennego, własność gruntu, która uniemożliwia swobodne dysponowanie, brak wystarczających środków finansowych na realizację niektórych postulatów.

2. Poziomem pośrednim piramidy jest obszar negocjowalny. Jest to taka pula decyzji, która wstępnie została opracowana przez urzędników, ale co do których akceptacji nie ma pewności. Na przykład dany teren może być przeznaczony pod ścieżki spacerowe, plac zabaw czy miejsca do grillownia. Każde z rozwiązań jest możliwe, pozostaje kwestią uzgodnienia, które jest najbardziej preferowane i potrzebne.

3. Ostatnim poziomem, czubkiem piramidy jest obszar otwarty. Będą to kwestie przekazane do całkowitego wypracowania przez mieszkańców. Jeśli w wyniku negocjacji ustalono, że w parku powstanie muszla koncertowa, to lokalne stowarzyszenia z pewnością zaangażują się w tworzenie programu wydarzeń kulturalnych w tym miejscu. Ingerencja urzędu, choć możliwa, nie jest tu wskazana.

Oczywiście ktoś może sprytnie zauważyć, że w ten sposób pozorujemy partycypację, dając mieszkańcom jedynie wpływ na decyzje mało istotne. Jest to z pewnością teza, z którą można ciekawie polemizować. W końcu zmiany systemowe, całościowe, również powinny odbywać się przy możliwie szerokim udziale społecznym. A zatem podstawa piramidy nie zawsze musi okazać się fundamentem nie do ruszenia:)

MM